sobota, 6 grudnia 2014

#37

Cud.

Głęboko wierzę w cud i w możliwości naszych "chciejstw". Podobno, jeśli w coś mocno się wierzy nagle staję się to naszą rzeczywistością. Dla mnie byłoby to porównywalne do... zbawienie?, nieśmiertelności?, bezgranicznego szczęścia. W każdym bądź razie, gdyby tak całe życie czekać na cud egzystencja coraz częściej trwałaby bez najmniejszych rezultatów i nudziłaby jeszcze bardziej. Na to nie mogę sobie pozwolić
Kolejną sprawą jest chęć do działania, z którą ostatnio u mnie ciężko. Czasem nawet bardzo ciężko. Momentami tragicznie. 


Nadal ciągle zastanawiam się nad tym na ile ludzie programują nasze możliwości. Uważam mózg człowieka za bardzo plastyczny. który pod wpływem wielu nacisków może ulec uszkodzeniu. Być może mniej lub bardziej widocznego, co zależy od przypadku, lecz uszkodzenie to uszkodzenie. Notoryczne krytykowanie, tzw "podcinanie skrzydeł", czy brak akceptacji każdego prowadzi do tego samego. Człowiek odczuwa lęk i strach, a najważniejszym czynnikiem, jakie okazuję się być przydatne w każdym momencie naszego życia jest spokój. Gdy, granica, której nikt bez imiennego zaproszenia nie powinien przekraczać coraz częściej zaciera się. Później już z górki, często bez obranego celu drugi człowiek robi z naszego życia przechowalnie swoich brudów. Jesteśmy sprzątaczką, matką, psychologiem, surowym ojcem, nauczycielem, rodzeństwem, dobrą babcią. Jesteśmy tym. kto w danym momencie staję się niezbędny. Szybko jednak zostajemy powołani na kogoś. kogo zadaniem jest rozwiązanie każdego, nawet najmniejszego problemu tego człowieka. Z chęcią spełniamy chociażby najmniejszą zachciankę. Kto nie chce czuć się potrzebny?
W KOŃCU koniec bajki. Pozostajemy opuszczoną przechowalnią na krańcu opuszczonego miasta.
Znika sens życia, marzenia, plany. Cele nagle się rozmywają i znikają z naszego horyzontu.
Dosyć tego!
Od dziś nie angażujemy się w coś, co nie jest do końca pewno, w coś, co już na samym początku wydaje się być dziwne. Samotność jest straszna, a człowiek do niej nieprzyzwyczajony może sobie z nią dobrze nie poradzić! Samotność to choroba, a chory na nią człowiek odczuwa ją każdym centymetrem swojego ciała.
Mimo tego, że dolegliwości tego schorzenia znam ogrom w tym właśnie momencie temat zostaję przeze mnie zamknięty. Pozostawione schowki mają to do siebie, że często się zamykają. W sobie. Na ludzie. Bo albo tych ludzi nie ma, albo prawdopodobieństwo powtórki z rozrywki jest dla nich tak przerażające, że wolą być bezrobotne. 

Moje przedstawienie trwa dalej. Godzę się na wszystko. Łez, które często spływają mi po policzkach nie wycieram. Gdyby tak z mojego dnia wykreślić poranek, wieczór i noc moje życie byłoby jednym, wielkim chodzącym szczęściem. Nie lubię zasypiać, nie lubię wstawać. Z tą pierwszą czynnością związane są niepoliczalne wyrzuty sumienia, z tą drugą strach. Między 9, a 17 jestem pełna sił i mogę góry przenosić bez najmniejszego wysiłku. Później choćby był ktoś w stanie zrobić to, co ja wcześniej, ja jako góra nie drgnę za żadne skarby.
Chcesz bilet? Nie polecam pierwszego rzędu, nie daj Boże mógłbyś ucierpieć. Nie polecam też rzędu ostatniego. Mógłbyś nie uchwycić ukrywanego lamentu, co przeszkodziłoby Tobie w odpowiedniej interpretacji.
Tylko, że problem tkwi we mnie i ja to wiem. Lubię oglądać tę sztukę. Nie wyobrażam sobie innego zajęcia, pozbawionego tych egzystencjalnych lęków, łez, a przede wszystkich bez prawdziwego uśmiechu.


Udaję się do przyziemnego świata. Dość dużo czasu spędziłam już w swoim wnętrzu. Dziękuję za wysłuchanie. Nie zapomnij o uśmiechu i marzeniach do spełnienia. Na koniec pozostaje mi dodać swoją złotą myśl z dnia dzisiejszego:

Nigdy nie przepraszaj, za to, za co nie jesteś pewien, że powinieneś przepraszać. To niszczy Twój związek z samym sobą. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz