piątek, 3 października 2014

#11 Wszystko, co złe ma swoje lepsze drugie dno.

Los wystawił mnie i moich bliskich na wielką próbę. Od pięciu lat uprawiałam sport. Począwszy od siatkówki poprzez koszykówkę, ręczną, a skończywszy na skoku w dal i rzucie piłeczką palantową. Przez te pięć lat nic poważnego mi się nie stało. Miałam paręnaście razy skręconą kostkę, ale w ostateczności kończyło się to na dwóch tygodniach przerwy od treningów. Nie przypuszczałam, że 17 stycznia 2014 roku będzie inaczej. Rozgrywany był wtedy międzyszkolny turniej w ręczną. Wszystko szło zgodnie z  planem. Rozgrzewka była długa i męcząca, a treningowe rzuty skuteczne.  Nic mnie nie bolało prócz gardła, ale to zupełnie się nie łączy. Długo czekałam na swoją pierwszą bramkę w tym meczu i jak się okazało ostatnią...  
Wbiegłam z koła na prawe skrzydło, znalazłam miejsce, postawiłam jeden krok, wyskoczyłam. Wtedy to poczułam pierwszy ból, przeszedł przez całe moje ciało. Wykorzystałam okazję bramkową i upadła z krzykiem na parkiet. Później pamiętam wszystko jak przez mgłę. Musiałam założyć orteze i chodzić o dwóch kulach, jeżeli można nazwać to chodzeniem.  Od tego zaczęła się historia, która nieprzerwanie trwała do końca kwietnia. Przeszłam trzy i pół godzinną operację, trzy rechabilitacje, cztery punkcje i nieprzespane noce przepełnione strachem.
Niektórzy wystraszyli się odpowiedziałalności i schowali się pod miotłe. Z jednej strony ich rozumiem. O czym pisać w kółko z kimś, kto ciągle narzeka jak go boli, że się boi? A z drugiej podziwiam tych, którzy zostali. Pielęgniarka powiedziała mi bardzo ważne zdanie:
"To znakomity test dla Twoich bliskich.  Zobaczysz komu tak naprawdę na Tobie zależy, kto przejmuje się Twoim losem. Większość odejdzie, ale zostaną Ci prawdziwi"
Nie myliła się. Po moim wyjściu ze szpitala niektóre osoby również nadal nie miały w planach utrzymywać ze mną kontaktu. Trzeba było podawać mi kulę i nosić plecak, zasuwac za mną krzesło i otwierać przede mną drzwi, iść wolniej i wybierać ścieżki, które zdołałabym pokonać, odprowadzać do domu, wiązać buty i poprawiać orteze, znosić mój płacz, kiedy byłam zła na Boga, że nie mogę nie tyle co grać, ale nie mogę chodzić. To trudne zadanie. W szczególności w wieku, w którym jestem, a po za tym był to środek roku szkolnego i większość wolała skupić się na swoich ocenach cząstkowych. Mimo to, teraz na całe to zdarzenie patrzę inaczej. Pokonałam dużo swoich słabości, zwiększyła się moja granica bólu. Nie boli mnie już pobieranie krwi,  bo wiem, że wyciąganie jej z kolana jest o wiele mniej przyjemniejsze. Przede wszystkim dla mnie był to czas trudny ze względu na sytuację jaka miała miejsce w moim otoczeniu i była ona bezpośrednio związana ze mną.
To wszystko dało mi do myślenia, a gdy to zrozumiałam uwierzyłam po długim czasie, że Bóg istnieje.
W dniu wypadku nasze relacje były dobre, ON wiedział jednak, że wkrótce cały mój świat obróci się do góry nogami. Przeszłam po to wszystko po coś.
Każde, nawet najgorsze wspomnienie jest poparte jakiś dobrym. Spójrz więc najpierw wokół, czy coś, co jest powodem Twojego cierpienia nie przyczynia się do budowania szczęścia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz