wtorek, 17 lutego 2015

#91


Moim największym krzyżem jest świadomość. To ona potrafi wyprawiać ze mną nieziemskie rzeczy. Czasem unosi mnie nad miastem i pozwala uniknąć korków, a za drugim razem w jakiś niewyobrażalnie podły sposób wybiera się ze mną w najgłębsze zakamarki mnie na piesze wycieczki. Nie jestem w stanie protestować. Dostrzegam więcej i znam odpowiedź na pytania, nawet te dziwnej treści. Umiejętność ta nie należy zapewne do wad, ale zaletą z górnej półki również bym jej nie nazwała. Po prostu sobie jest. Osobno i wspólnie. Jak tylko jej się chcę. Jak to każdej części mnie. Nie sprzeciwiam się, przez co często udaje nam się dojść do kompromisu. Kocham ją za to, że gdy przetrę oczy nie muszę wytrzeszczać ich ze zdumienia. Nie muszę, bo od dawna wiem, jak potoczą się losy.


Stała się więc też moją osobistą kosmetyczką. Dba o uniknięcie zbyt wczesnego pojawienia się zmarszczek mimicznych (to tak a propos wytrzeszczu i niezadowolonej miny), a także osobistym psychologiem. Nikt tak, jak świadomość nie jest w stanie cię pocieszyć. Ani głowa, ani wątroba, ani nawet nerki choć mogą stworzyć duet. Tylko ta wrodzona znajomość świata. Jak już wspomniałam czasem przez nią nie nadaje się do użytku i żałuję, że w okresie zarodkowym nikt nie zaopatrzył mnie w klapki... takie na oczy. Być może ludziom, widzącym tylko swoją ścieżkę, w dodatku często przez mgłę, co chwila ze zdziwieniem potykającym się o niezbadane przedmioty jest łatwiej. W końcu mniej myślą i więcej w ich życiu nieprzewidywalności. Jednak chyba pozostaję u siebie. Przywiązałam się do mało zaskakującej natury mojego życia. Choć nigdy nie było jednak nudne, być może głównie dlatego, że na wszelkie sposoby je sobie urozmaicałam i jak na złość w tym samym czasie (trochę mniej udolnie) robili to inni ludzie, ale o tym kiedy indziej.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz